Obóz Elementu - relacja

W tym roku większość członków tzn. aż 17 osób było uczestnikami obozu wędrownego naszej drużyny w Bieszczadach. Nikt z nas nie miał okazji być na tego typu formie obozu, dlatego też rozpierała nas ciekawość oraz niepewność dotycząca wyjazdu.

Pierwszy dzień spędziliśmy w podróży, ponieważ w Bieszczady pociągiem jedzie się aż 15 godzin! Szczęśliwie nasza podróż odbywała się w nocy, toteż po wyczerpaniu zaledwie części energii, aura za oknem sprzyjała oddaniu się w ramiona Morfeusza. Po dojechaniu do Zagórza i zrobieniu zakupów na przyszłe posiłki w iście polskim sklepie z czerwonym owadem w czarne kropki na szyldzie, wsiedliśmy w kolejny środek transportu do Ustrzyk Górnych. Dojeżdżając do Ustrzyk mieliśmy okazję pierwszy raz nacieszyć swe oczy przepięknymi widokami gór. Gór, które jeszcze nie raz w trakcie tego obozu dały nam w kość. Po zjedzeniu pysznego obiadu, w którego przygotowaniu każdy uczestnik obozu miał okazję pomagać wzięliśmy udział w mszy świętej w pobliskim kościele oraz w końcu mieliśmy chwilę, aby odsapnąć i uzupełnić pokłady energii.

 

Drugiego dnia obozu pełną parą ruszyliśmy z podziwianiem uroków otaczającej nas przyrody. Pełną parą, gdyż tego dnia mieliśmy do przejścia aż 21 kilometrów! Pocieszeniem był fakt, iż nasz nocleg odbywał się ponownie w schronisku Kremenaros, wobec czego mogliśmy zabrać ze sobą małe plecaki z wodą i odzieżą. Nasza trasa była bardzo wyczerpująca, zaczynała się od dotarcia na Wielką Rawkę, która znajduje się na wysokości ponad 1300 m.n.p.m, co już na początku daje przewyższenie ponad 500m. Następnie mieliśmy okazję być w 3 krajach naraz, gdyż słynny Krzemieniec znajduje się w miejscu styku granic 3 państw – Polski, Ukrainy i Słowacji. Nie omieszkaliśmy wziąć także pieczątki do naszych książeczek górskiej odznaki turystycznej PTTK z Bacówki pod Małą Rawką i wkroczyć na Połoninę Caryńską. Podchodząc pod ww. połoninę można było zauważyć w uczestnikach dwojakie emocje, z jednej strony każdy przeżywał swego rodzaju kryzys występujący po zrobieniu wielu kilometrów, zaś z drugiej gdy tylko się odwrócił miał do zobaczenia niesamowity widok całego przekroju Bieszczad. Na szczęście po zdobyciu połoniny owe zmęczenie przeszło i harcerze emanowali energią jeszcze większą niż na początku wędrówki, co doprowadziło do dużej ilości zdjęć wykonanych w obliczu euforii. Zbliżając się do Ustrzyk każdy miał już w głowie tylko jedną myśl – obiad! Ponownie w grupach zadaniowych (niektórzy z przygodami z makaronem) udało nam się upichcić cudowne spaghetti oraz pochłonąć o wiele większe ilości niż zjedlibyśmy w domach. Po chwili odpoczynku, rozmów o wrażeniach z tego dnia i wybudowaniu części świata w Minecrafcie przez męską część załogi, zakończyliśmy dzień i słuchając co wieczornej bajki poszliśmy spać.

Trzeci dzień wydawał nam się łatwiejszy, ponieważ mieliśmy zrobić zaledwie 15 kilometrów. Jednakże pewien szkopuł przeważał szalę trudności – chodziliśmy z całym swoim dobytkiem, pomijając odzież, śpiwory oraz wszelkie przybory musieliśmy podzielić się narzędziami do gotowania – garnkami, patelniami, palnikami oraz butlami gazowymi, a także z racji rzadszego występowania w Bieszczadach sklepu trzeba było wziąć także jedzenie. Trasę zaczęliśmy z Brzegów Górnych dokąd dowiózł nas bus i już na początku było bardzo stromo, co spowodowało duże zwolnienie tempa. Jednak tuż po dojściu do Chatki Puchatka każdy odżył. Ponownie piękno gór dawało nam siłę, a widoki wynagradzały wszelkie bóle. Połonina Wetlińska okazała się równie piękna jak jej poprzedniczka z pięknego dnia, a borówki występujące na każdym kroku kusiły swoimi owocami. Po zejściu z czerwonego szlaku trafiliśmy na bardziej zarośnięty i mniej wydeptany czarny szlak, który nieraz nastręczał trudności w przedzieraniu się przez krzaki. Barki bolały nas już od ciążącego plecaka, a nogi odmawiały posłuszeństwa, lecz mimo to szliśmy dalej, czasem nawet przez błoto sięgające nam powyżej kostek. Jednakże gdy ujrzeliśmy docelową bacówkę poczuliśmy wielką ulgę oraz satysfakcję, byliśmy z siebie dumni, że pokonaliśmy tak ciężką trasę. Schronisko Jaworzec bardzo nas urzekło. Można by spytać czym? Otóż nie było tam prądu, kuchni jak w domu czy też bieżącej ciepłej wody – i właśnie to było w nim piękne. Nie przejmowaliśmy się brakiem udogodnień, ważne było dla nas to, że jesteśmy razem. Wreszcie mogliśmy sobie razem usiąść przy ognisku, pożartować, porozmawiać i pośpiewać. Lecz i tak myślę, że jedną z rzeczy, którą każdy najbardziej z tego dnia zapamiętał to piękne niebo. Niesamowite przejrzyste niebo z milionami gwiazd, które wydawało się znajdować tak blisko nas. Z łatwością można było rozpoznać występujące na nim charakterystyczne układy gwiazd jak Mały Wóz, Duży Wóz czy zachwycić się emanującą blaskiem Drogą Mleczną. Kończąc dzień można było zauważyć, że każdy z nas się otwiera i zamiast jednego zdania „było fajnie", czy też „dzień mi się podobał" harcerze dzielili się wspólnie swoimi wrażeniami z chwil spędzonych razem. Ponownie opowiadanie oznajmiło nam, iż czas zregenerować swe siły.

Kolejny dzień zapowiadał się bardzo przyjemnie, gdyż o poranku przywitało nas piękne słońce. Jednakże zapowiedź była strasznie myląca, był to najcięższy ze wszystkich dni. Do przejścia mieliśmy tylko 13km, lecz zaskoczyła nas burza. Każdy z uczestników po chwili od jej rozpoczęcia był mokry. Całkowicie mokry. Nikt z nas nie posiadał nawet jednego suchego miejsca oprócz rzeczy znajdujących się w plecaku. Basen w butach, mokre spodnie, bluzka, a nawet deszczówki były w komitywie z kroplami spadającymi z nieba i przepuszczały co większe z nich. Teraz się z tego śmiejemy i wspominamy to miło, ale w tamtej chwili było ciężko, każdy z nas chciał już tylko dojść do schroniska i napić się ciepłej herbaty. Jednak nic nie przychodzi łatwo, musieliśmy dzielnie kroczyć w deszczu i próbować podnosić się na duchu. Choć rzecz ciut dziwna, kadra nie musiała zbyt wiele robić w tym temacie – harcerze szli w humorach wybitnych, ciesząc się, że gorzej być nie może wszyscy uśmiechali się, śpiewali, a nawet próbowali robić sobie zdjęcia nie mocząc telefonów. Po pewnym czasie mając wybór lekkiej zmiany trasy postanowiliśmy nie kusić losu i nie narazić się na większe odciski i pęcherze w wodnych butach i odbiliśmy na PKS'a. Gdy doszliśmy na przystanek, zorientowaliśmy się, iż najbliższy bus odjeżdża za godzinę, wobec czego korzystając z budki przystankowej cała nasza gromada musiała podjąć wyzwanie przebrania się w suche rzeczy. Słońce chcąc nam pomóc rozgoniło na ten czas chmury i część odzieży miała nawet okazję przejść w fazę, w której nie dało się jej wyżymać(choć do suchości było daleko). Zachodząc do Schroniska pod Honem w Cisnej radości nie było końca, każdy cieszył się, iż w tym dniu, którym dał nam w kość nie będziemy już więcej wędrować. Byliśmy tak zmęczeni, iż nawet nie mieliśmy energii na gotowanie, wobec czego spróbowaliśmy kuchni schroniskowej, która okazała się bardzo smaczna. Polecamy będąc w Cisnej skosztować bacówkowego żurku, gulaszu czy też fasolki, na pewno nikt nie pożałuje. Na koniec dnia wśród śpiewanych przez nas serenad oraz hektolitrów wypitej herbaty mieliśmy okazję odpocząć w swoim gronie. Z dnia na dzień wszyscy coraz bardziej się ze sobą integrowali i rozmawiali. Ów dzień nauczył nas jeszcze jednego – dowiedzieliśmy się, iż trzymanie żelu pod prysznic w tej samej kieszeni plecaka co buty, a następnie ubranie ich podczas ulewy może powodować całkiem ciekawy efekt.

Piątego dnia w planach mieliśmy przejazd wychwalaną przez wszystkich Bieszczadzką Ciuchcią, czyli kolejką wąskotorową. Są to otwarte wagoniki napędzane przez lokomotywę wiodące przez urokliwe bieszczadzkie tereny. Jednak chcąc się nią przejechać musieliśmy dojść do Majdanu, gdzie znajdował się jej główny dworzec oraz muzeum kolejki, które zrobiło na nas niesamowite wrażenie. Zatem tuż po śniadaniu (pyszna jajecznica ponownie z kuchni schroniska) wyruszyliśmy w drogę. Gdy mijaliśmy ostatni zakręt naszym oczom ukazał się całkiem spory teren na którym znajdował się wiele wagoników, eksponatów czy też lokomotyw należących do muzeum, ponadto wewnątrz jednego z budynków mogliśmy znaleźć mnóstwo rzeczy, które wzięły udział w historii działania kolejki oraz mnóstwo starych zdjęć . Mając jeszcze trochę czasu do godziny odjazdu mogliśmy pozwiedzać oraz zrobić małe zakupy na okolicznych straganach. Wszyscy zgodnie stwierdzamy, iż kupienie sobie koszulki z Bieszczad jest ciut lepszym pomysłem niż nabycie klawiatury w zestawie z myszką w promocji. Sam przejazd kolejką trochę nas zawiódł, było pięknie i urokliwie, jednak będąc wcześniej na połoninach brakowało nam wyższych partii gór, ponadto prędkość kolejek wąskotorowych jest dla energicznych członków drużyny zbyt wolna. Nie żałujemy jednak przejazdu i polecamy każdemu, by spróbował choć raz i sam ocenił. Po przejeździe kolejką wsiedliśmy w busa, który zawiózł nas do Schroniska Młodzieżowego w Stuposianach, gdzie w końcu mogliśmy wysuszyć rzeczy, ponieważ od wczorajszej ulewy nic nie zdążyło całkowicie wyschnąć, a w tym miejscu będziemy 2 noce. Po zakwaterowaniu na trzypiętrowych łóżkach i ugotowaniu obiadu rozpoczęliśmy długo wyczekiwane ognisko. Temat ogniska był poważny, ponieważ rozmawialiśmy o Bogu, każdy z nas miał okazję wypowiedzieć się podczas kuźnicy i podzielić się z innymi swoimi myślami. Mimo patetyczności można było zauważyć, że nikt z nas nie boi się wyrażać swoich opinii oraz, iż temat ten jest często zaniedbywany. Pod koniec ogniska pojawił się strudzony wędrowiec, który miał do nas zajrzeć tj. komendant naszego hufca – Piotr Walburg. Cieszyliśmy się, że przebył tyle kilometrów, aby się z nami spotkać. Przywiózł nam także polary wprost z hafciarni z pięknym logo naszej drużyny na piersi, aby wyglądać jeszcze bardziej jednolicie. Na tym dzień mógłby się zakończyć, gdyby nie fakt, że w nocy stało się coś magicznego. Otóż trójka z tzw. biszkoptów miała okazję złożyć przyrzeczenie harcerskie. Byli to Mateusz Zaparucha, Natalia Tobolska oraz Wiktoria Skibińska. Cieszymy się, że przeszli pozytywnie próbę harcerza oraz w świetle gwiaździstego nieba oraz trzaskających iskier oficjalnie dołączyli do grona harcerzy.

Szósty dzień był jednym z dni zaplanowanych na odpoczynek, wobec czego od rana staraliśmy się polepszać nasz warsztat wokalny oraz spędzaliśmy czas na wspólnych grach. Przy okazji suszenia się nam rzeczy mogliśmy zjeść obiad o wcześniejszej porze, ponieważ w tym dniu nie planowaliśmy czasochłonnej wędrówki z plecakami. Mieliśmy tylko wieczorem odwiedzić stacjonujący w Nasicznym obóz naszego środowiska oraz szczepu Horyzont, lecz pomimo podjęcia próby niestety z kilku przyczyn nie udało nam się do niego dotrzeć. Jednakże nie przejmując się tym(gdyż odwiedziliśmy ich dnia następnego) wróciliśmy do schroniska i skończyliśmy nasz dzień.
Kolejne dni można by opisywać w podobny sposób, jednak tego ogromu emocji oraz wspomnień i tak nie będziemy w stanie przekazać w słowach. Warto tylko nadmienić, iż nie spoczęliśmy na dotychczasowych wędrówkach i codziennie można było nas ujrzeć na którymś ze szlaków. Jednakże oprócz tego skupiliśmy się na innej kwestii. Otóż obóz to odpowiedni czas na podsumowanie roku harcerskiego oraz zaplanowanie przyszłego, dlatego też wieczorne rozmowy mijały nam na analizowanie naszych działań w ciągu minionych 10 miesięcy oraz snuciu planów na kolejne.

Myślę, że dla większości uczestników był to najlepszy obóz na którym byli. Chwile z tego wyjazdu na długo zostaną w naszych głowach, a te piękne niebo na zawsze. Jest to niesamowite jak taki wyjazd potrafi zintegrować ludzi. Wcześniej baliśmy się wyrażać swoje myśli i poglądy, a po tym obozie czujemy, że nie ma ku temu przeszkód. Na pewno będziemy teraz bardziej zgraną drużyną i będziemy widzieli więcej o sobie. Jedynym minusem tego obozu jest to, że się tak szybko skończył, każdy z nas chciałby tam jeszcze wrócić.

Copyright © 2017 Związek Harcerstwa Polskiego - komenda hufca we Włocławku. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Joomla! jest wolnym oprogramowaniem dostępnym na licencji GNU GPL.